W tym miejscu prezentujemy w nieco rozszerzonej formie istotne teksty dotyczące funkcjonowania

Koła i Szkoły

 

 

SPIS TEKSTÓW

 

 

ZASADY WYZNACZAJĄCE KIERUNEK AKTU PSYCHOANALITYCZNEGO

Eric Laurent


Zasady wyznaczające kierunek aktu psychoanalitycznego” zostały zaprezentowane przez Erica Laurenta 16 lipca 2006r na Zgromadzeniu Generalnym AMP podczas jego V-go kongresu w Rzymie.


 

Preambuła

Podczas Kongresu AMP w Comandatubie w 2004 roku Delegatka Generalna zaprezentowała „Deklarację zasad” przed Zgromadzeniem Generalnym. Ta „Deklaracja” została później uważnie przeczytana w różnych Szkołach. Rady Szkół zdały relacje z rezultatów ich lektury, ich obserwacji i spostrzeżeń. W następstwie tej pracy prezentujemy obecnie przed Zgromadzeniem te „Zasady wyznaczające kierunek aktu psychoanalitycznego”, które prosimy byście przyjęli.


 

Zasada pierwsza: Psychoanaliza jest praktyką mówienia. Dwoma partnerami tego są analityk i analizant obecni na tej samej sesji psychoanalitycznej. Analizant mówi o tym co go sprowadza, o swoim cierpieniu, swoim symptomie. Ten symptom jest wyartykułowały w materii nieświadomości, zrobiony z rzeczy mówionych podmiotowi, które sprawiły mu ból i z rzeczy niemożliwych do powiedzenia, które sprawiają, że on cierpi. Analityk punktuje słowa analizanta i pozwala mu tkać tkaninę jego nieświadomości. Moc mowy i efekty prawdy, na które ona pozwala, to co nazywa się interpretacją, jest samą mocą nieświadomości. Interpretacja manifestuje się zarówno ze strony analizanta, jak i ze strony analityka. Jednakże, jeden i drugi nie mają takiego samego stosunku do tej nieświadomości, albowiem jeden już przeszedł to doświadczenie, a drugi nie.


 

Zasada druga: Seans psychoanalityczny jest miejscem gdzie mogą rozluźniać się najbardziej trwałe identyfikacje, w których utkwił podmiot. Psychoanalityk pozwala na ten dystans wobec przyzwyczajeń, norm, reguł, do których analizant zobowiązuje się poza sesją. Pozwala na pewne radykalne kwestionowanie fundamentów tożsamości każdego. Może on temperować radykalność tego kwestionowania biorąc pod uwagę kliniczną szczególność podmiotu adresującego się do niego. Nie bierze on pod uwagę niczego innego. To jest to, co definiuje szczególność miejsca psychoanalityka, tego który podtrzymuje kwestionowanie, otwarcie, enigmę u podmiotu, który przyszedł do niego. Nie identyfikuje się więc z żadną z ról, którą chce mu narzucić do odegrania jego interlokutor, ani z żadną godnością, czy ideałem już obecnym w kulturze. W pewnym sensie, analityk jest tym, którego nie da się oznaczyć w żadnym innym miejscu niż to, dotyczące kwestii pragnienia.


 

Trzecia zasada: Analizant adresuje się do analityka. Przypisuje mu uczucia, przekonania, oczekiwania w reakcji na to co mówi i chce działać według tych przekonań i oczekiwań, które antycypuje. Odszyfrowanie sensu w wymianach między analizantem i analitykiem nie jest jedyne w tej grze. Istnieje dążenie, tego który mówi. Chodzi o odzyskanie czegoś utraconego w obecności tego interlokutora. To odzyskanie przedmiotu daje klucz do freudowskiego mitu o popędzie. On tworzy fundament przeniesienia, które wiąże dwóch partnerów. Formuła Lacana według, której podmiot otrzymuje od Innego swój własny przekaz pod postacią odwróconą, zawiera i odszyfrowywanie i chęć oddziaływania, na tego, do którego się zwracamy. Ostatecznie, kiedy analizant mówi, chce on, poza sensem tego co mówi, dosięgnąć w Innym partnera swoich oczekiwań, przekonań, pragnień. Celuje on w partnera swojego fantazmatu. Psychoanalityk, oświecony przez doświadczenie natury swojego własnego fantazmatu, zdaje sobie z tego sprawę. Wystrzega się działania w imię tegoż.


 

Czwarta zasada: Związek przeniesienia zakłada pewne miejsce, „miejsce Innego”, jak mówi Lacan, nie rządzone przez żadnego szczególnego innego. Jest ono tym gdzie nieświadomość może się przejawiać w największej wolności mówienia, a wraz z tym doświadczać ułudy i trudności. Jest to także miejsce gdzie postacie partnera fantazmatu mogą przejawiać się w ich najbardziej złożonych lustrzanych grach. To dlatego seans psychoanalityczny nie znosi osoby trzeciej i jej spojrzenia z zewnątrz na sam proces, który się toczy. Osoba trzecia redukuje się do tego miejsca Innego. Ta zasada wyklucza zatem interwencję trzecich autorytetów chcących wyznaczać każdemu miejsce i cel już ustanowiony w leczeniu psychoanalitycznym. Trzeci wartościujący wpisuje się w serię osób trzecich, których autorytet potwierdza z zewnątrz to, co jest w grze pomiędzy analizantem, analitykiem i nieświadomością.


 

Piąta zasada: Nie istnieje kuracja standardowa, nie ma generalnego protokołu, który rządziłyby seansem i kuracją psychoanalityczną. Freud użył metafory szachów, aby wskazać, że istnieją reguły lub typy początku lub końca partii. Z pewnością, od czasów Freuda, algorytmy formalizujące szachy powiększyły swoje wpływy. Związane z możliwością dokonywania obliczań przez komputer pozwalają maszynie pokonać ludzkiego gracza. To nie zmienia faktu, że psychoanaliza, przeciwnie niż szachy, nie może prezentować się w formie algorytmicznej. Widzimy to u samego Freuda, który przekazał psychoanalizę za pomocą poszczególnych przypadków: Człowieka od szczurów, Dory, małego Hansa, itd.. Wychodząc od Człowieka z wilkami, opis kuracji wszedł w kryzys. Freud nie mógł dłużej utrzymywać w spójności opisu złożoności procesu, który się toczy. Będąc dalekim od możliwości zredukowania do technicznego protokołu, doświadczenie psychoanalizy nie ma innej reguły niż ta: niepowtarzalność scenariusza, przez który manifestuje się pojedynczość podmiotowa. Psychoanaliza nie jest więc techniką, ale dyskursem, który zachęca każdego do produkowania swojej pojedynczości, swojego wyjątku.


 

Szósta zasada: czas trwania i przebieg seansów psychoanalitycznych nie mogą być standaryzowane. Kuracje Freuda miały bardzo różny czas trwania. Były kuracje z jednym seansem jak psychoanaliza Gustawa Mahlera. Były też kuracje czteromiesięczne jak ta Małego Hansa, jednoroczna jak ta Człowieka od szczurów, wieloletnie jak ta Człowieka z wilkami. Od tego czasu rozpiętość i zróżnicowanie nie przestają się powiększać. Co więcej, stosowanie psychoanalizy, poza gabinetem, w systemie instytucji świadczących opiekę zdrowotną przyczyniło się do różnicowania trwania kuracji psychoanalitycznej. Różnorodność przypadków klinicznych i wieku, w którym psychoanaliza została zastosowana pozwala stwierdzić, że czas trwania kuracji jest obecnie określany w najlepszym razie jako „na miarę”. Dana kuracja jest prowadzona do czasu, gdy analizant będzie wystarczająco usatysfakcjonowany tym czego doświadczył, by opuścić analityka. To co jest celem to nie stosowanie jakiejś normy, ale zgoda podmiotu ze sobą samym.


 

Siódma zasada: Psychoanaliza nie może wyznaczać swojego celu i swojego końca w terminach adaptacji pojedynczości podmiotu do norm, reguł, ustaleń standardowych wzorców rzeczywistości. Odkrycie psychoanalizy jest przede wszystkim odkryciem niemocy podmiotu w osiągnięciu pełnej satysfakcji seksualnej. Ta niemoc określona jest w terminach kastracji. Poza tym, psychoanaliza, z Lacanem, sformułowała niemożliwość, by była jakaś norma w relacji pomiędzy płciami. Jeśli nie ma pełnej satysfakcji i jeśli nie ma normy, pozostaje każdemu wymyślać indywidualne rozwiązanie, które opiera się na jego symptomie. Rozwiązanie każdego może być bardziej czy mniej typowe, bardziej czy mniej oparte na tradycji i regułach wspólnych. Może ono, przeciwnie, chcieć należeć do zerwania lub jakiejś pokątności. Tym niemniej, w swoich podstawach relacja pomiędzy płciami nie ma rozwiązania, które by było „dla wszystkich”. W tym sensie, pozostaje ono naznaczone piętnem nieuleczalnego i zawsze będzie brak. Płeć, u bytu mówiącego, należy do „pas tout” [nie całe]


 

Ósma zasada: Formowanie psychoanalityka nie może redukować się do norm kształcenia uniwersyteckiego lub ocen wiedzy nabytej z praktyki. Formowanie psychoanalityka, od czasu gdy zostało ustanowione jako dyskurs opiera się na trzech podstawach: seminaria kształcenia teoretycznego (para uniwersyteckie), kontynuowanie przez psychoanalityka kandydata psychoanalizy aż do punktu końcowego (stąd efekty formowania), praktyczny przekaz praktyki w superwizji (rozmowy między równymi sobie dotyczące praktyki). Freud sądził przez moment, że jest możliwe określenie tożsamości psychoanalityka. Sam sukces psychoanalizy, jej umiędzynarodowienie, liczne pokolenia, które po sobie następowały od wieku, pokazały, że ta definicja jakiejś tożsamości jest iluzją. Sama w sobie jest różnorodnością. Definicja psychoanalityka zawiera różnicowanie tej różnorodności. Definicja psychoanalityka nie jest jakimś ideałem, zawiera historię samej psychoanalizy i tego co zostało nazwane psychoanalitykiem w kontekście odrębnych dyskursów.


 

Mianowanie psychoanalityka zawiera sprzeczne składniki. Trzeba tu kształcenia akademickiego, uniwersyteckiego lub równoważnego, zależnego od ogólnego, porównania stopni. Trzeba tu pewnego doświadczenia klinicznego przekazywanego w swojej szczególności pod superwizją równych sobie. Trzeba radykalnie niepowtarzalnego doświadczenia kuracji. Poziomy ogólnego, szczególnego, niepowtarzalnego są heterogenne. Historia ruchu psychoanalitycznego jest historią niezgodności i interpretacji tej heterogeniczności. Stanowi ona część, ona także, wielkiej Rozmowy psychoanalizy, która pozwala stwierdzić kto jest psychoanalitykiem. To wypowiadanie dokonuje się za pośrednictwem procedur we wspólnotach jakimi są instytucje psychoanalityczne. W tym sensie, psychoanalityk nie jest sam, on zależy, jak dowcip, od Innego, który go rozpoznaje. Ten Inny nie może być redukowany do Innego norm, autorytetu, zgodnego z regulaminem, wystandaryzowanego. Psychoanalityk jest tym, który potwierdza otrzymanie z doświadczenia tego, co on mógł zeń oczekiwać i więc przekroczenie „passe”, jak to nazwał Lacan. On tu świadczy o przekraczaniu swoich impasów. Rozmowa, przez którą on chce otrzymać zgodę odnośnie tego przejścia dokonuje się w ramach założeń instytucjonalnych. Głębiej, wpisuje się ona w wielką Rozmowę psychoanalizy z kulturą. Psychoanalityk nie jest autystykiem. Nie przestaje zwracać się do życzliwego interlokutora, oświeconej opinii, którą chce on poruszyć i dotknąć ze względu na przyczynę psychoanalityczną.


 

Tłumaczenie: Barbara Kowalów i Patrycja Ostaszewska

 

 

 

 

Koło Warszawskie Szkoły Europejskiej Psychoanalizy, jego zarejestrowanie a związek Psychoanaliza - Szkoła

Ukierunkowanie spotkań przedwstępnych

Odpowiedź Psychoanalizy

Poniższy tekst był sformułowany przez Riccardo Carrabino w momencie prawnej rejestracji Koła. Myśl przewodnia w nim zawarta jest ciągle aktualna, więc prezentujemy go również w tym miejscu”

KOŁO WARSZAWSKIE

SZKOŁY EUROPEJSKIEJ PSYCHOANALIZY

Jego zarejestrowanie a związek Psychoanaliza-Szkola

 

Koło Warszawskie Szkoły Europejskiej Psychoanalizy nareszcie zostało zarejestrowane w Sądzie Wojewódzkim w Warszawie. Wydarzenie to, będące uwieńczeniem zaangażowania wszystkich członków KW, których stanowczo uruchamiało pragnienie, ma doniosłość, której nie waham się nazwać historyczną, ze względu na to, co dotyczy obecności psychoanalizy, a szczególnie nauczania lacanowskiego w Polsce.

Przybliżenie znaczących “nauczanie lacanowskie” i “Szkoła” może wywołać niejasności z powodu wieloznaczności obu znaczących. Z okazji zarejestrowania KW, korzystam ze sposobności, aby zogniskować wartość przynależną znaczącemu “Szkoła”, zgodnie z zamiarem Lacana, w odniesieniu do etycznej pozycji psychoanalityka.

Czerpię sugestię z pierwszego zamkniętego seansu (27.01.1965 r.) seminarium Lacana. Wartość i funkcja tego zamknięcia były omówione na seansie z 09.12.64 r. wraz z projektem prowadzenia seansów zamkniętych w trakcie seminarium. W celu uchwycenia wagi dyskursu Lacana, do którego się odnoszę, należy uwzględnić, że zaledwie parę miesięcy wcześniej, tj. 21.06.1964 r., Lacan stworzył Ecole Française de Psychanalyse, zarejestrowaną 25.09. pod nazwą Ecole Freudienne de Paris.

W celu sprawdzenia tego, co z jego nauczania teoretyczno-klinicznego zostało i przetrwało, Lacan postanowił prowadzić seanse “zamknięte”, z uczestniczenia w których nikt, z zasady, nie był wykluczony; należało jednak, by ten, kto pragnął wziąć w nich udział, wyraził mu swoje domaganie. Teoretyczne uzasadnienie logiki takiej propozycji polegało na relacji S/ à D, która ustanawia jako „strukturujące, zdrowe i normalne” to, że w danym porządku pracy uczestniczą osoby, które wyraziły domaganie. Na owych seansach, w istocie, pracowałoby się w inny sposób: Lacan oddawałby głos innym w sposób, który dopiero później zostanie przedstawiony, właśnie na pierwszym seansie “zamkniętym”, 27.01. 1965 r.

Na tym seansie Lacan zamierzał oddać głos Serge’owi Leclaire’owi, by przedstawił referat pt. “O imieniu własnym. Przyczynek do podjęcia Seminarium Lacana”. Przedtem jednak poświęcił jakiś czas zilustrowaniu związku między Szkołą, etyką i psychoanalizą, skoro właśnie w związku z tą problematyką powstała propozycja seansów zamkniętych.

Przedstawię pokrótce istotne, logiczne momenty dyskursu Lacana odnośnie tematu, który nas tutaj interesuje. Wreszcie, wyciągnę wnioski odnośnie stylu działania, który powinien charakteryzować prowadzenie i rozwijanie działalności teoretyczno-klinicznej w ramach KW.

Zasadnicze rozważanie wdrażające dyskurs uwzględnia obecność mirażu w związku podmiotu z innym, jednego z innymi. Miraż ten stanowi zasadniczą podstawę porażki wszelkiej do tej pory proponowanej etyki, ze względu na to, że nie potrafiono nad nim zapanować z powodu nie uznania tego, ku czemu on ciąży, tj. z powodu nie uznania funkcji przedmiotu a, przedmiotu, który z natury swojej jest utracony i nigdy nie odnaleziony; i który to - kiedy pokazuje się, z oślepiającą niekiedy jasnością, w efektach swojego działania -  właśnie wtedy staje się zupełnie nierozpoznany. Chodzi o przedmiot, który został zakwalifikowany jako przyczyna pragnienia.

Odnośnie etyki, chodzi o to, żeby wiedzieć, jakiemu rodzajowi działalności może jego rozpoznanie służyć.

Nauczanie Lacana krąży wokół tego przedmiotu, wokół jego rozpoznania i działalności, do której rozpoznanie takie może doprowadzić; działalności, którą jest poprawnie ujmowana i odpowiednio prowadzona psychoanaliza w ramach jedynej możliwej perspektywy etycznej. Otóż, odnośnie etyki, takie nauczanie okazuje się być, jak z resztą każde inne, narzędziem służącym do utrzymywania stanu niezdeterminowania, czyli takiego, w którym potrafi się żyć, pozostawiając, w niezmienionym stanie, rzeczy takimi, jakimi one są.

Propozycja seansów zamkniętych, z zasadą wstępu na podstawie domagania, ma właśnie na celu destabilizowanie takiego stanu niezdeterminowania poprzez wymaganie, aby w seansach tych uczestniczyli wyłącznie ci, dla których nauczanie lacanowskie ma w jakiejś mierze wartość działania.

Właśnie w związku z tą propozycją Lacan odwoła się do Szkoły, z wyraźnym odniesieniem do niedawno utworzonej “Ecole Freudienne de Paris”. Szkoła jako taka, o ile zasługuje na tę nazwę, jest czymś innym od tego, co powszechnie przyjęto. Powołując się na ujęcie panujące w starożytności, należy ją ujmować jako miejsce, w którym ma się kształcić styl życia. To jest powód, dla którego Lacan wymaga, aby w seansach zamkniętych brali udział tylko ci, którzy podejmują jego nauczanie jako zasadę działalności będącej ich własną, i z której to działalności będą mogli zdawać sprawę. Stąd konieczność, aby takie uczestnictwo było poprzedzone domaganiem, które, ze swojej strony, upoważniałoby Lacana do wymagania od uczestniczących, aby jego nauczanie zyskało wartość czynnych wystąpień będących świadectwem działania, o które chodzi w jego nauczaniu.

Rozwijanie się tych czynnych wystąpień – uzasadniające wartość, jaką mają w Szkole praca teoretyczna członków oraz świadectwo ich praktyki – może być streszczone w sposób następujący: Lacan zaproponuje prace, referaty, sprawozdania wyrażające wymyślony i oświecony pogląd; praca ta będzie poddawana pod dyskusję i, przez to samo, będzie powiązana z dyskursem lacanowskim.

Dla tych, dla których nauczanie lacanowskie może mieć swoistą wartość, a nie tylko ogólną lub nieokreśloną, postępowanie takie stanie się prowokacją do odpowiedzi.

Samo z siebie wynika, kończy Lacan, że wielu z nich będzie się angażowało w podążanie tą drogą, ale wielu innych odejdzie od niej dlatego, że nie wzbudza ich działania, że nie jest ono praxis psychoanalityczną. A takie odchodzenie, całkiem przewidywalne zresztą, nie kwestionuje wcale jakiejkolwiek zasługi tych osób; chodzi bowiem tylko o to, że praxis psychoanalityczna nie dotyczy ich ze względu na to, iż nie są  psychoanalitykami, ani też nie zamierzają nimi zostać.

Jedyni uczestniczący, których Lacan chce mieć na “seansach zamkniętych” – on sam to podkreśla – powinni być osobami zainteresowanymi, we własnym działaniu, psychoanalizą, o ile ona zakłada zasadniczą zmianę w ich motywacji etycznej i podmiotowej, zmianę, która ze swej strony uzasadnia wprowadzenie i obecność psychoanalizy w naszym świecie.

 

Związek, ustalony przez Lacana na tym właśnie seansie swojego Seminarium z 27.01.1965 r., między Szkołą, etyką a psychoanalizą, daje nam pewne, ścisłe i podstawowe wskazówki. Ograniczę się do przekazania trzech z nich, tych, które uważam za programowe dla KW.

a) Dla Lacana nie ma dualizmu między “psychoanalizą” a “Szkołą psychoanalizy”, ani nie ma możliwości oddzielenia ich. Psychoanaliza zasadza się na podstawie etycznej, której budowanie wymaga istnienia i funkcjonowania Szkoły psychoanalizy, godnej imienia szkoły, z funkcją rozwoju, dla psychoanalityka, jego pozycji etycznej.

b) Nie wystarczy uprzednie przeczytanie niektórych tekstów Lacana, ani uczestniczenie w jakimś jego seminarium – dzisiaj, oczywiście, należy dodać, że nie wystarczy uczestniczenie w jakimś seminarium nad nauczaniem Lacana – aby własne działanie psychoanalityczne, lub zakładane jako psychoanalityczne, można było uważać za działanie, o które chodzi w tym nauczaniu albo też, innymi słowy, aby ktoś mógł mianować siebie psychoanalitykiem orientacji lacanowskiej. Jest więc nadużyciem i błądzeniem zdefiniowanie jako lacanowskich niektórych nauczań lub praktyk, które nie artykułują się w jakimś związku – przynajmniej odniesienia się, jeśli nie przynależenia – ze Szkołą Lacana, w Polsce reprezentowaną dzisiaj tylko i wyłącznie przez dwa Koła, Warszawskie i Krakowskie EEP. Nie ma gwarancji, oczywiście, że nauczanie lub praxis prowadzone wewnątrz tych dwóch Kół są zawsze i poprawnie lacanowskie, ale jest wykluczone – obecnie – że gdziekolwiek w Polsce istnieją, lub mogą istnieć, nauczania czy praxis według orientacji lacanowskiej poza obszarem obu tych Kół, mimo że wyobrażeniowo – tzn. na zasadzie samodefinicji prowadzonej na podstawie procesu spekularnego – każdy może zdefiniować własne ewentualne nauczanie jako lacanowskie lub nawet zdefiniować siebie jako psychoanalityka lacanowskiego.

c) Jest nie do uniknięcia i konieczne zarazem dawanie świadectwa o własnej praktyce, wewnątrz Szkoły; dopiero poddanie do dyskusji tego świadectwa będzie uzasadniało związek z wątkiem nauczania lacanowskiego. Psychoanalityk „lacanowski” bowiem jest etycznie zaangażowany, żeby nie „uprawomocniać swoich problemów pod znakiem podwójnej przynależności i zbroić się w postawy nie do złapania, jakie przyjmuje Nietoperz z bajki”, jak stwierdza Lacan w tekście Odmiany leczenia typowego[1] [Variantes de la cure-type, w Ecrits, s. 325]. Implikuje to, że psychoanalityk powinien się zaangażować w zdawaniu sprawy ze swojej własnej praktyki, z jej zasad teoretycznych i z podmiotowej pozycji etycznej, która ją podtrzymuje.

Taki rodzaj świadectwa – i wierność wobec projektu lacanowskiego, który go podtrzymuje – scharakteryzował od samego początku Szkołę Lacana; tego właśnie znak można również uchwycić w nazwach: „Dni naukowe”, „Kolokwium” jak również – szczególnie w ostatnich latach – „Rozmowa” , nadanych różnym okazjom, w których lacaniści spotykają się, aby rozmawiać o swojej praxis. Przy tych okazjach chodzi właśnie o chwile pracy, a nie o „miejsca” przeznaczone na czyste wygłaszanie sprawozdań lub referatów „naukowych”, jakimi są bardzo często zjazdy i kongresy[2].

Te trzy wyżej przedstawione wskazówki podejmują i uzasadniają to, co powiedziałem na początku niniejszego tekstu, który przedstawia się jako proponujący i równocześnie programowy; wskazówki te uzasadniają wartość „historyczną” zarejestrowania KW odnośnie obecności psychoanalizy, a szczególnie, nauczania lacanowskiego w Polsce.

Powiedziałem: wartość „historyczną”, ale należy dodać: w odniesieniu do historii, która od dzisiaj się zaczyna.

Z życzeniem, by nikt z kolegów założycieli nie uchylił się od tego zadania i jego implikacji.

                                                                                                    

Riccardo Carrabino

 


 

[1]   Tekst taki, podstawowy i charakteryzujący dla nauczania lacanowskiego, był przedmiotem seminariów które miałem w Warszawie w dn. 19 i 20.9.01r, 3.12.01r, 20.3.02r i, dalej, będzie przedmiotem seminarium które odbędzie się w Warszawie 18.9.02r.

Bajka, do której jest tutaj aluzja to “Nietoperz i dwie łasice” La Fontaine-a.

[2]   W związku z tym warto sprecyzować istotną cechę wyrazu “dni naukowe”, który nie odpowiednio tłumaczy francuski “Journées d’étude”: ‘naukowe’ nie odnosi się bezpośrednio do rzeczownika ‘nauka’ jako pole określonej wiedzy, lecz do ‘nauczanie’ i ‘nauczanie się’ jako wskazujących działalności.

 

Do góry

 

UKIERUNKOWANIE SPOTKAŃ PRZEDWSTĘPNYCH

 

Mam zaszczyt zapoczątkować pracę Dni Naukowych Koła Krakowskiego Nowej Szkoły Lacanowskiej, stoję zatem wobec problemu przedstawienia Wam tematu, który będzie ożywiał nasze rozważania, tzn. przedstawienia kliniki psychoanalitycznej pierwszych spotkań. Jako, że jest tu wiele do powiedzenia problem ten to problem selekcji. By go rozwiązać, pozwoliłem sobie na spontaniczny wybór kilku punktów, które natychmiast przyszły mi na myśl, w odpowiedzi na pytanie o to, co stanowi rzeczywistą specyfikę tych spotkań.

            Pierwszy z punktów, na który chcę położyć nacisk, to ten, że owe spotkania stanowią w pełni część praktyki psychoanalityka, w tym sensie, w jakim definiuje się ona w odniesieniu do etyki, teorii i techniki, które są psychoanalityczne i żadne inne. Innymi słowy, koncepcja tych spotkań, sens, który trzeba im nadać, ich różnorodność, przypadek, po przypadku, to, czy doprowadzą do kuracji analitycznej, czy też nie, są do ujęcia w ich wewnętrznej zależności wobec dyskursu psychoanalitycznego. Właśnie dlatego wyrażenie „spotkania przedwstępne”, które je określa i które rozpowszechniło się w naszym polu wskutek nauczania Lacana, jest w całości pojęciem psychoanalitycznym. Co się pod nim kryje? Pewna czasowość logiczna. Sprecyzujmy: logiczna czasowość, niezbędna do tego, by domaganie podmiotu, spotykającego drugi podmiot, upoważniający się do bycia psychoanalitykiem, przyjęło lub nie, określoną formę, uzyskało lub nie, modalności, które pozwoliłyby mu wejść w dyskurs psychoanalityczny jako analizantowi.

            Ujęcie to wywodzi swą ścisłość z tego, że prawdziwe wejście w psychoanalizę, nie może się dokonać w dowolnej pozycji podmiotowej. Wrócimy do tego.

            Jedną z konsekwencji tej logiki jest wykluczenie, by spotkania wstępne polegały po prostu na doprowadzeniu do wzajemnego porozumienia, opartego na pewnych konkretnych, formalnych danych odnośnie kuracji, układu, który automatycznie prowadziłby do położenia się na kozetce. Przez „dane formalne” rozumiem rytm i godziny sesji, ich czas trwania, cenę i sposób płacenia, kwestię opuszczonych spotkań, a także ustalenie reguły wolnych skojarzeń.

            Kładę nacisk na ten punkt, gdyż dotyczy on pewnej ustalonej praktyki. W rzeczy samej, od około czterdziestu lat występuje poważne skrzywienie, rozpowszechnione u amerykańskich psychoanalityków postfreudowskich oraz tam, gdzie ich wpływ dał się odczuć. Skrzywienie to można zwykle uchwycić w zastosowaniu pojęcia „kontrakt analityczny”. Nie będę tu przedstawiał tła historycznego. Powiedzmy jedynie, że bazując na koncepcji części ja, niezaburzonej w swych związkach z rzeczywistością przez problemy podmiotu, wejście w analizę byłoby wynikiem pewnego rodzaju kontraktu na usługę, który ustalałby reguły zobowiązujące dwa podmioty prawne. Pojęcie to w rzeczywistości unicestwia psychoanalityczny wymiar spotkań przedwstępnych na korzyść logiki zewnętrznej wobec niej. Jakiej mianowicie? Chodzi ni mniej ni więcej jak o logikę właściwą ideologii liberalnej i demokratycznej. Nie dziwi zatem fakt, że taki analityk jak T. Szasz wspominał o Konstytucji amerykańskiej jako o źródle inspiracji dla kontraktu analitycznego.

            W naszym rozumieniu spotkań wstępnych, wręcz odwrotnie, analiza już jest obecna dla analityka,  na poziomie, na którym jest ona praktyką tego, co Lacan ujął w terminach domagania i pragnienia. Dokładniej, w tym pierwszym momencie chodzi o praktykę analizy początkowego domagania, by sprawdzić, odsłonić, sprowokować wypracowanie takiego pragnienia wiedzy, które pozwoli na stawkę psychoanalizy. To pragnienie wiedzy, dopełnienie pragnienia terapeutycznego, stanowi część owej pozycji podmiotowej, niezbędnej dla kuracji analitycznej, o której mówiliśmy na wstępie, i do której jeszcze wrócimy.

            W tej logice psychoanalitycznej, spotkania przedwstępne mogą być jedynie funkcją wyjątkowości każdego przypadku i nie dążą do żadnej systematyzacji. Jedną z pierwszych konsekwencji tego faktu jest to, że czas ich trwania może być bardzo zróżnicowany. Inną konsekwencją jest to, że wejście w analizę nie jest decyzją pacjenta, ani też wspólnym ustaleniem, lecz pewnym urzeczywistnieniem ze strony analityka, który może zatwierdzić fakt, że podmiot jest już w pracy analitycznej, bądź też, poprzez swą interwencję przyspieszyć przejście, które zostaje podmiotowi do zrobienia. Zazwyczaj, urzeczywistnienie to jest zaznaczone przez przejście na kozetkę, jest więc przeprowadzone jako interwencja interpretująca. Tę wartość przyjmą też ustalenia, a raczej zmienność co do tego, co nazwaliśmy danymi formalnymi.

            Gdy stwierdzamy, że analityk kieruje kuracją analityczną, widzimy, że zawiera to w sobie kierowanie spotkaniami przedwstępnymi w taki sposób, że potwierdza się lub pojawia się dla podmiotu możliwość podjęcia takiego przedsięwzięcia. O ile kierowanie spotkaniami przedwstępnymi ma miejsce także w momencie początkowym, który ma na nie decydujący wpływ, nic dziwnego, że odnajdujemy jego ślady, opóźnione działania w dalszym ciągu kuracji, jeśli się ona rozwinie; w szczególności zaś, często zauważamy, że niektóre trudności, przeszkody, które pojawiają się w kierowaniu kuracją, odwołują się ściśle do pewnych niedostatków w kierowaniu spotkaniami przedwstępnymi.

            Kolejną konsekwencją takiego sposobu podejścia do spotkań przedwstępnych, gdzie za każdym razem zasadniczą wagę ma wyjątkowość domagania podmiotu i pracy, jaką wzbudzamy, jest to, że w pełni uzasadnione jest, by mówić w związku z nimi o klinice – co właśnie podkreśla tytuł tych Dni. Jest to zróżnicowana klinika, w której zahamowania, symptomy, lęki mogą równie dobrze złagodnieć jak i się nasilić, gdzie u jednego przejawi się powściągliwość skojarzeniowa, a u innego entuzjazm hipomaniakalny, gdzie gwałtowna chęć położenia się na kozetce, będzie miała swoją odwrotną stronę w chęci ucieczki, itd. Krótko mówiąc, klinika ta jest pouczająca, i w pewnym sensie, tym bardziej pouczająca, że będzie można badać ją w retroaktywnym świetle dalszego ciągu, ściśle analitycznego, oraz w szczególności w świetle jej zakończenia, bez względu na to, czy będzie ono, czy też nie, końcem logicznym czystej psychoanalizy, to znaczy prowadzącym do uformowania pragnienia analityka.

            Zaznaczmy tu, że efekty terapeutyczne, które mogą pojawić się już od pierwszych spotkań, czasem nawet wskutek samego umówienia się, wiele nas uczą o potężnej sile sugestii, którą stosują, bez zrozumienia, psychoterapeuci. Inaczej mówiąc, efekty te, czasem naprawdę spektakularne, każą nam nie tylko zastanowić się nad różnicą między psychoterapią i psychoanalizą zastosowaną do terapii, ale pokazują nam także, że od pierwszych spotkań musimy wprowadzić w grę to podstawowe rozróżnienie.

            Psychoanalityczna natura wstępnych spotkań, na którą kładę tu nacisk, jest czymś na co sam Freud wskazuje jednoznacznie w swoim artykule z 1913 roku, zatytułowanym „Początek leczenia”. To, co obecnie nazywamy spotkaniami przedwstępnymi, nazywał on „leczeniem próbnym”, a miało być ono tożsame, co do zasad pracy, z leczeniem analitycznym jako takim. W ten sposób Freud od razu wprowadzał, przez tydzień, dwa, lub dłużej, metodę psychoanalityczną, z taką samą intensywnością, jak w przypadku prowadzonych kuracji, czyli pięć seansów tygodniowo. W szczególności, Freud zachęca podmiot do poddania się podstawowej regule i analityk – cytuję Freuda – „ pozwala przede wszystkim, by pacjent mówił, nie komentując jego słów w większym stopniu, niż jest to absolutnie niezbędne dla kontynuowania jego wypowiedzi”.

            Inaczej mówiąc, Freud z miejsca konfrontował podmiot z właściwą psychoanalizie wolnością mówienia, wolnością, podkreśloną z jednej strony przez fakt, że jeszcze nie interpretuje, ale też z drugiej strony wciąż ujętą nieco w ramy przez fakt, że podmiot nie jest na leżance. Prawdą jest, że Freud przedstawiał każdemu podmiotowi, istotę metody psychoanalitycznej i jej założenia, ale było to konieczne z racji radykalnie nowego i nieznanego charakteru psychoanalizy. Ze względu na włączenie psychoanalizy w naszą kulturę, jest to coś, czego nie praktykuje się systematycznie.

            Jeśli chodzi o wspomnianą wolność mówienia, zadaniem analityka jest zasygnalizowanie jej, począwszy od pierwszych słów przyjęcia. Dokładnie na to wskazuje pierwsza część tytułu tych Dni, „Co cię tu sprowadza?”. W rzeczy samej, nie istnieje formuła, wraz z kilkoma jej odmianami, która by w sposób bardziej otwarty pytała podmiot o jego domaganie. Nie wprowadzamy na przykład pierwszego ograniczenia tej wolności, tego otwarcia, pytając podmiot o to, co mu dolega. Byłoby to ukierunkowaniem go w stronę idei, że nasza uwaga wywodzi się z dyskursu medycznego. W innym artykule, z 1912 r., pt. „Rady dla lekarzy odnośnie leczenia analitycznego”, Freud ostrzegał właśnie przed takim zejściem z kursu, które może prowadzić aż do „furor sanandi”, to znaczy pragnienia wyleczenia, które nie rozpoznaje jouissance, będącej w symptomie, i które z tego powodu podnosi największe opory. Inny aspekt tego kierunku, który pokazuje, że Freud nie został w tym punkcie zrozumiany sytuuje się właśnie na poziomie spotkań przedwstępnych: jest to przypadek często obserwowany u praktyków wykształconych medycznie, gdzie spotkania te są prowadzone w stylu anamnezy, co daje zwykle spotkania przepełnione licznymi pytaniami praktyka.

            Wróćmy teraz do punktu absolutnie kluczowego, który dotyczy pozycji podmiotowej niezbędnej do pracy właściwej psychoanalizie. Mówiłem już o tym podczas naszych poprzednich Dni Koła Krakowskiego. Wrócę zatem do tego, starając się przedstawić rzecz nieco inaczej.

            Wprowadzenie, już od spotkań przedwstępnych, wolności mówienia, charakterystycznej dla psychoanalizy, jest czynione w tym właśnie celu, by owa pozycja podmiotowa zarysowała się, zatwierdziła jak najlepiej. Na tym poziomie naszym celem jest ocenienie, czy przedstawia się ona już w  sposób, niezbędny do wejścia w analizę, czy też trzeba, by jeszcze ewoluowała. Może się to dokonać po prostu przez przedłużenie dynamiki uwalniania mówienia w trakcie pierwszych spotkań, ale też, nierzadko, przez prowokowanie zmiany. W tych dwóch przypadkach chodzi o uzyskanie, tego, co Lacan nazywa „prostowaniem podmiotowym” (une rectification subjective), i możemy tu zauważyć, że już jest wymagana aktywna obecność analityka, ewentualnie pod postacią aktu interpretacyjnego.

            Pytanie dotyczy zatem pozycji podmiotowej, właściwej dla wejścia w analizę, to znaczy także kryteriów wspomnianego prostowania podmiotowego. Oczywistym jest, że samo wyrażenie skargi wobec psychoanalityka, nawet jeśli towarzyszy jej jasne pragnienie usunięcia symptomu, zmniejszenia cierpienia w swoim życiu, nie odpowiada tej właściwej pozycji podmiotowej. Gdy przyjmujemy, że musi być ona pewną formą podzielenia podmiotu, wspomniane wyrażenie skargi, która dzieli podmiot między narzucający mu się symptom  i pragnienie pozbycia się go, sygnalizuje z pewnością jakieś podzielenie, ale nie jest ono wystarczające. W istocie, skarga, którą tak przedstawiliśmy, prowadzi może do jakiegoś dociekania, ale odnosi się ono do Innego, którym jest analityk, jako, że to on, jego wiedza ma dać odpowiedź. On jest podmiotem, któremu przypisuje się wiedzę i sama skarga jest jedynie oczekiwaniem, że ją przekaże, wiedzę na temat przyczyny symptomu, zewnętrznej wobec podmiotu, która nie zakłada jego udziału, wiedzę, która zawierałaby też „receptę terapeutyczną”.

            Ta pozycja podmiotu domagającego się, która sytuuje Innego na miejscu mistrza, może w najlepszym wypadku otworzyć na efekty sugestii, które wyrażają pierwotną formę przeniesienia w rejestrze wyobrażeniowym; może być też jedynie wyzwaniem by usunąć „Innego wiedzy” ucieleśnianego przez analityka. W obu przypadkach, to o co chodzi podmiotowi, to by zasłonić, zamaskować, że nie jest on w stanie zakwestionować własnej wiedzy na temat samego siebie i przyjąć ponad tym, że jest w nim samym inna wiedza, o której nie wie. W rzeczywistości, na tym poziomie, podmiot chce zachować swoją pozycję mistrza. Potwierdza się ona klinicznie za każdym razem, gdy podmiot skarżąc się na innych uwalnia się od odpowiedzialności za nieporządek, który go dotyka. Jeśli zatrzyma się tutaj, nie będzie mógł przyjąć reguły wolnych skojarzeń, jako, że zakłada ona, równocześnie, mówienie bez chęci panowania nad sensem swych wypowiedzi i zaryzykowanie, że pojawi się inny sens, więc też inna wiedza niż ta, którą już zna.

            Na jaką pozycję musi zatem przejść podmiot? Jakie podzielenie musi uznać, by wejść w specyficzną pracę kuracji analitycznej?

            Ujmijmy najpierw rzecz w sposób nieco schematyczny: chodzi o to, by podmiot przebył odległość, jaka jest między zwracaniem się do Innego, by skarżyć się na innych, a zwracaniem się do Innego, by skarżyć się na Innego, który jest w nim samym i powoduje jego cierpienie. To przejście ma decydujące znaczenie, jako że zmienia podejście podmiotu do przyczynowości tego, co sytuuje on jako symptom, tak, że będzie mógł on badać go w sposób radykalnie nowy. Jest to przejście, gdzie podmiot stwierdzając, że „jest jakiś tego powód ” („il y a une cause a cela”) – posługując się wyrażeniem Lacana – przyjmuje założenie, że to w nim samym się on znajduje. Tu następuje moment logiczny, w którym podmiot dochodzi do rozpoznania, że jego własna wiedza jest podzielona między to, o czym sądzi, że determinuje go w życiu, ale co nie wyjaśnia i nie zmienia tego, na co się skarży, a inną wiedzę, nie do pomyślenia, która opiera się myśleniu, i gdzie sytuuje się to, co determinuje, to na co się on skarży.

            Takie rozpoznanie, będące też uchwyceniem, pojmowaniem podmiotowym  nieświadomego freudowskiego, jako miejsca wypartego, jest rozpoznaniem, że wiedza, która konstytuuje to nieświadome, mimo, że zbudowana ze znaczących mowy, nie jest wiedzą uniwersalną, ale wiedzą prywatną, osobistą. Podmiot rozpoznaje najpierw wyjątkową wartość, jaką niektóre z tych znaczących mają dla niego, i znaczone, absolutnie osobiste, które im przypisuje. W miejscu tego nowego poznania, podmiot doświadcza także, czy też odkrywa wiedzę, która ma wartość prawdy. Doświadczenie analityczne, by się tu realizować, musi otworzyć się nie tylko w polu terapeutycznym, ale także w polu epistemologicznym i etycznym. Otwarcie to jest jedynym właściwym, po to by trudna praktyka wolnych skojarzeń, była spotkaniem, a nawet poszukiwaniem przez podmiot podzielenia między tym, co mówi w swych wypowiedziach, w swych już utworzonych znaczeniach, a słowami, które każą usłyszeć inne efekty sensu.

            Zrozumienie to jest prostowaniem związków podmiotu z – jak mówi Lacan - realnym, to znaczy, dosłownie, z przyczynowością, która go determinuje. Powiedzmy, że integruje ją on na właściwym jej miejscu, w głębi siebie i odtąd może ją badać. Jest to też modyfikacja rzeczywistości podmiotu w tym znaczeniu, w jakim cały system ja, który zawsze ma tendencję przypisywać Innemu motywy przeszkód, impasów, niemożności napotykanych w życiu, cały ten system myślenia o związkach ze światem zostaje zachwiany.

            Właśnie to zachwianie pozwoli na ustanowienie przeniesienia innego porządku, nie zdominowanego już tylko przez sugestię, to znaczy przez zakres działania hipnozy. Inny ucieleśniany przez analityka nie będzie już innym podmiotem, od którego oczekuje się wiedzy, ale po pierwsze, ucieleśnieniem zakładanego podmiotu tej innej wiedzy, którą jest nieświadomość i w konsekwencji, po drugie, miejscem, skąd ta inna wiedza może być usłyszana jak echo, powracając. Jeśli mówimy, że analityk ucieleśnia dla analizanta zakładany podmiot wiedzy, to nie jako inny podmiot, ale jako zakładany podmiot nieświadomej wiedzy samego analizanta. W tym dokładnie punkcie, przyjęcie, a nawet domaganie się funkcji interpretującej analityka znajduje swą podstawę analityczną.

            Gdy podmiot przedstawia się nam w pozycji, którą właśnie nakreśliliśmy, lub jeśli dochodzi do niej w trakcie spotkań przedwstępnych, mówimy też, że odstąpił coś ze swej jouissance, z jouissance, którą czerpał dotąd ze swej rzeczywistości, jest to moment weryfikacji jego pragnienia analizy. Z jakiego porządku jest ta odstąpiona jouissance? Czy chodzi tu o jouissance, która zawiera się w artykulacji pierwotnego fantazmatu i symptomu? Jeszcze nie, i obrona napotkana na tym poziomie będzie wymagała licznych przekształceń symbolicznych. To, o co chodzi, to odstąpienie od jouissance zawartej w iluzjach pozycji panowania i przejrzystości świadomości; innymi słowy chodzi o porzucenie jouissance narcystycznej, jouissance libido zainwestowanej w wyobrażeniowej funkcji podmiotu, to znaczy w jego ego. Odstąpienie to nie pozwala jeszcze mówić o zniesieniu wyparcia, ale raczej o początku rozpadu funkcji mylnego rozpoznania (meconnaissance), właściwej ego, funkcji, która ma swoje początki w identyfikacji stadium lustra.  

            Natura tego odstąpienia, poza wskazaniem na zdecydowany charakter domagania się analizy, może pokazać nam, że nadszedł moment przejścia na kozetkę. W istocie, w przejściu tym odbieramy podmiotowi narcystyczne oparcie, którego może szukać w spojrzeniu analityka, i bardziej fundamentalnie, wprowadzamy pewną abstynencję w satysfakcji skopicznej, uprzywilejowanej w narcyźmie.

            Część tej narcystycznej libido będzie zresztą zainwestowana na analityka jako obiekt, co pozwoli żywić przeniesienie, jego obie strony wyróżnione przez Freuda. Od strony uruchamiającej, o ile podmiot chce podobać się analitykowi, owo obsadzenie popycha do mówienia; ale o ile chce nie przestawać podobać się mu, popycha jeśli nie do milczenia, to przynajmniej do zahamowania mówienia, przez poddanie go kontroli.

            W ramach konkluzji odnośnie tematu pozycji podmiotowej, koniecznej do uzyskania, by zdecydować o wejściu w analizę – mówię tu wyłącznie o podmiotach w strukturze neurotycznej – przywołam niedawno usłyszane zdanie. Nie ma ono w sobie nic oryginalnego, ponieważ często możemy słyszeć podobne stwierdzenia u osób nie będących w analizie, ale które w ramach kultury przyjęły pojęcie nieświadomości. Zdanie to brzmi następująco: „to nie ja, to moja nieświadomość”. Zdanie to jest dokładną odwrotnością pozycji odpowiedzialności, której zaistnienie jest wymagane dla wejścia w analizę. Stać się odpowiedzialnym za swą nieświadomość i przyczynę, która ją zamieszkuje, przyczynę, która w istocie determinuje naszą intencjonalność, ponad jawnymi intencjami, oto droga psychoanalizy. Etyka psychoanalizy jest wymagającą etyką odpowiedzialności.     

 Guy Trobas

 

Do góry

ODPOWIEDŹ PSYCHOANALIZY

1.

Kilka miesięcy temu opinia publiczna została poruszona wiadomością o nadużyciach w ramach działań zawodowych jednego z powszechnie znanych terapeutów. Również w naszym gronie, osób zajmujących się psychoanalizą lacanowską, wspomniane wydarzenia wywołały wewnętrzną dyskusję, toteż zdecydowaliśmy się zabrać głos[1] – wyrażający stanowisko zgodne z nauczaniem Szkoły, u podstaw której leży nauczanie Jacques’a Lacana[2] –odnosząc się zarówno do problemów kompetencji zawodowych i związaną z tym, nieodłącznie, kwestią etyki, jak i do pewnych głosów zamieszczonych na łamach prasy prezentujących w różny, czasem mylny, sposób stanowisko psychoanalizy.

 

2.

To co od razu rzuca się w oczy, to fakt, że psychoterapeuci w swoich wypowiedziach skłonni są przypisywać psychoanalizie – (metodom jej pracy, „technicznemu i teoretycznemu oprzyrządowaniu”, standardom i zasadom, celom terapeutycznym, itp.) – szereg właściwości, które z miejsca pozwalają psychoanalizę oswoić, a następnie przeciągnąć ją na stronę psychoterapii. W gruncie rzeczy psychoanaliza to jedynie pogłębiona psychoterapia – taki oto wniosek nasuwa się po lekturze tych wypowiedzi. Ale czy tak jest w istocie? Czy to samo jest przedmiotem psychoanalizy i psychoterapii? Czy formację psychoanalityka buduje się na tej samej drodze co formację psychoterapeuty? Czy struktura związku analizant – analityk jest chociażby odrobinę zbliżona do relacji pacjent/klient – psychoterapeuta? Czy gwarancje jakie daje Szkoła lacanowska[3] w zakresie własnej analizy przyszłego psychoanalityka, a następnie prowadzonej przez niego praktyki, mają ten sam status co wieloetapowa procedura licencjonowania i certyfikowania psychoterapeutów?

Tego typu pytania można by mnożyć. Mają one swoją wagę, jako że za każdym razem odnoszą się do losów analizy czy też psychoterapii konkretnej osoby: kogoś kto prosi o pomoc, decyduje się na terapię, domaga się analizy. Chcielibyśmy odpowiedzieć na te pytania mając na horyzoncie odniesień ton wspomnianych już artykułów, w których z troską i niepokojem został poruszony aspekt możliwych, niekiedy wręcz nieuniknionych, zagrożeń jakie może generować proces terapii; zagrożeń, wobec których rygor standardów i zasad nierzadko okazuje się być niewystarczający. (W tym miejscu sygnalizujemy jedynie, że w ramach psychoanalizy – w ujęciu Lacana – pojęcie standardów jest poddane zasadniczej krytyce, jako że jest niewystarczające, jeśli chodzi o kwestię etyki, jak również dlatego, iż „idzie poza drogą”, jeśli chodzi o prowadzenie psychoanalizy danego analizanta).

 

3.

To co psychoterapeutom pozwala ustawić psychoanalizę w tym samym szeregu co psychoterapię to fakt, że obie te dziedziny są praktykami mówienia. Oznacza to, że mówienie jest medium, dzięki któremu proces analizy czy psychoterapii jest w ogóle możliwy. (Dotyczy to również metod pracy z ciałem, które z konieczności muszą być poprzedzone wyartykułowaniem przez pacjenta danego problemu, nad którym chciałby pracować, etc.). Z drugiej strony, może się wydawać, że zarówno proces psychoanalizy jak i psychoterapii dokonuje się w oparciu o dualną strukturę relacji: analizant – psychoanalityk, pacjent – psychoterapeuta. (Dotyczy to również psychoterapii grupowej, gdzie mnogość wydawałoby się możliwych i krzyżujących się relacji daje się zredukować do wielości relacji dualnych).

Jeśli chodzi o psychoterapię to, faktycznie, nie sposób nie mówić o niej nie posługując się pojęciem relacji dualnej. Możemy zatem mówić o stronie pacjenta i stronie terapeuty. Co robi pacjent? Upraszczając, mówi o swoich problemach, cierpieniu, symptomach, itp. Za pomocą dobieranych słów stara się formułować przekaz o tym, jak on sam siebie widzi. Temu procesowi towarzyszy przekonanie, że to co o sobie mówi, jest identyczne z nim samym. Tak więc za pomocą mówienia pacjent podsuwa terapeucie szereg wyobrażeń odnośnie samego siebie, szereg identyfikacji, których sumę w psychoanalizie nazywamy ego. I tym właśnie zajmuje się psychoterapia, to znaczy uzupełnianiem deficytów ego, poszerzaniem możliwości ego, korektą ego, mediacją między ego i światem, etc. Działa zatem na polu wyobrażeniowym.

 

A czym zajmuje się psychoanaliza? Można by podać kilka odpowiedzi na to pytanie; żeby jednak nie komplikować wywodu odpowiemy, że nieświadomością, to znaczy takim obszarem ludzkiego doświadczenia, który – z racji tego, że odnosi się do seksualności, do kwestii różnicy płci, do związku z Innym (który zawsze jest inną płcią): w konsekwencji do związku społecznego – dotyczy każdego. Nieświadomość każdemu daje się we znaki: stale naciska, zakłóca, zaburza tak zwane normalne życie. Psychoanaliza zajmuje się tymi anormalnymi, rozstrajającymi czynnikami. Ma terminy, by je nazwać i zasady, by nad nimi pracować. Nie czyni przy tym z rzeczywistości wspólnej punktu odniesienia, nie odwołuje się do pojęcia normy psychicznej, czy zdrowia psychicznego. Należy, jednakże, w tym miejscu podkreślić, że nieświadomość w ujęciu Lacana nie jest (jak to się zazwyczaj sądzi) ani zbiornikiem groźnych afektów, ani miejscem gdzie drzemią zwierzęce instynkty, ani składnicą horrendalnych wyobrażeń odnośnie danej osoby. Nieświadomość jest strukturą; działa i produkuje swoje efekty jak mowa, zatem w oparciu o prawa i logikę „elementów składowych” mowy. Nieświadomość, mówimy również,  to niewiedziana wiedza (jednak możliwa do odzyskania dzięki psychoanalizie) odnośnie sposobu, w jaki każdy człowiek z osobna właśnie tak, a nie inaczej układa swoje bycie w świecie; sposobu, w jaki czerpie jouissance[4] w swoim życiu. To co odnosi się tylko i wyłącznie do jouissance nazywamy podmiotem nieświadomości – i tym zajmuje się psychoanaliza.

W tym aspekcie możemy powiedzieć, że podstawową zasadą pracy psychoanalityka jest umiejętność uchwycenia w mówieniu analizanta tego, co odnosi się do podmiotu, co reprezentuje ów podmiot – i nie mylenia tego z funkcją ego, z funkcja „ja”. Analityk musi umieć odróżniać rejestr wyobrażeniowego, w którym układa się ego, rejestr symbolicznego, który dotyczy zasadniczo mówienia oraz rejestr realnego odnoszący się do jouissance podmiotu, odnoszący się do tego co w ludzkim doświadczeniu jest nie do pomyślenia i nie do nazwania, a przez co jest tak nieznośne i nieodwołalne. Analityk powinien chwycić jak te rejestry między sobą się zawiązują, jakie efekty produkują i jaki symptom to zawiązanie podtrzymuje. Tylko w oparciu o te rozróżnienia psychoanalityk jest w stanie orientować się w swojej praktyce, a więc:

·        rozpoznać strukturę podmiotu,

·        prowadzić analizę zgodnie ze strategią psychoanalityczną,

·        rozpoznawać kluczowe momenty w przebiegu danej analizy,

·        umieć rozpoznawać, w jakim momencie kończyć daną sesję

·        umieć rozpoznawać, kiedy następuje logiczny koniec analizy,

·        etc.

 

Co analitykowi pozwala zająć miejsce analityka; miejsce w sensie funkcji? Tej funkcji, która jest absolutnie szczególna, nieobecna w codziennym ludzkim doświadczeniu; doświadczeniu, które jest oparte na wyobrażeniowych relacjach dualnych. Pozwala na to coś, co w polu psychoanalizy, nazywamy pragnieniem analityka. Mówiąc najprościej jest to pragnienie, które jest poza osobistymi, podmiotowymi pragnieniami osoby analityka. Pragnienie każdego człowieka – czyli to co go porusza w jego codziennym życiu, co prowadzi go do podejmowania  konkretnych działań, decyzji, wyborów małych i dużych, co powoduje jego cierpienie i jego radości – to pragnienie jest pragnieniem fantazmatycznym. Jest ono uruchamiane i krąży wokół przedmiotu (obiektu) – przyczyny pragnienia. To właśnie dzięki własnej analizy prowadzonej do jej logicznego końca, – to znaczy do momentu przekroczenia fantazmatu pojmowanego jako matryca ustalająca sposób, w jaki każdy podmiot realizuje swoją jouissance, – analityk z jednej strony rozwiązuje to, co osobiste, z drugiej strony konstatuje, że to, co zaczyna nim kierować to pragnienie analityka. Proces ten trwa wiele, wiele lat, podobnie jak proces superwizji, które są nieodłącznym elementem składowym w ramach procesu formowania analityka. Bez przekroczenia fantazmatu – funkcjonowania którego logika świadomego myślenia nie jest w stanie rozpoznać – bez odseparowania się od przedmiotu (obiektu), wokół którego krąży pragnienie podmiotu, wszystko to co jest z porządku podmiotowej jouissance, czy to terapeuty czy „analityka”, będzie zaburzać proces psych... W skrajnym przypadku natkniemy się na całe spektrum „powikłań”, w których pacjent staje się przedmiotem w fantazmacie swojego terapeuty: od sympatii, poprzez zauroczenie, skończywszy na zawiązywaniu intymnych relacji.

Wymóg własnej analizy prowadzonej do jej logicznego końca umożliwia analitykowi w strukturze związku: analizant – analityk zawieszenie funkcji podmiotu i zajęcie miejsca, z którego działa tylko i wyłącznie funkcja analityka. Inaczej mówiąc w strukturze relacji analitycznej nie ma miejsca na podmiot analityka z jego podmiotowym pragnieniem, z jego podmiotową jouissance, z jego osobistymi relacjami. Dopiero podtrzymanie takiej struktury (która nie jest strukturą dualną chociażby z samego faktu, że po stronie pacjenta rozróżniamy miejsce podmiotu i miejsce ego) może gwarantować, że proces psychoanalizy nie będzie wikłany w „osobiste kwestie” analityka. A ponieważ „nie ma obecnie konieczności robienia własnej analizy, by robić psychoterapię”[5]; terapeuta – jako że nie rozliczył się z własnej nieświadomości – jest nieustannie osobiście wikłany „w dynamikę relacji z pacjentem, a jego praca jest pracą wysokiego ryzyka”[6].

 

4.

Temu ryzyku mają zapobiec standardy i zasady dotyczące własnej terapii szkoleniowej, prowadzonej przez siebie praktyki, dalszego kształcenia, etc.

W psychoanalizie lacanowskiej odróżniamy standardy od zasad. Mówimy: psychoanaliza jest praktyką bez standardów, ale nie bez zasad. Na czym polega różnica?

Zasady wynikają z uchwycenia i wypracowania podstaw odnoszących się do odkryć, których dostarcza klinika psychoanalizy. Standardy, natomiast, to artefakt – zespół sztucznych i arbitralnych procedur, nakazów i zakazów, które pojawiają się na miejscu braku podstaw, które dawałyby oparcie danej praktyce psych...Można również zaryzykować stwierdzenie, że standardy pojawiają się tam, gdzie nie ma zasad, albo gdzie te zasady zostały rozmyte. Stąd też, przykładowo:

·        wobec braku opracowania problematyki końca danej terapii ustala się, w ramach tak zwanego kontraktu terapeutycznego, kryteria ilościowo-czasowe (określona ilość sesji w określonym czasie),

·        wobec pomijania, a w konsekwencji nie rozwiązania, kwestii jouissance terapeuty, wprowadza się rygorystyczne zakazy kontaktowania się poza gabinetem ze swoimi pacjentami,

·        wobec błędnie ujmowanego statusu mówienia i mowy oraz nierozpoznania zasady reprezentacji podmiotu, stosuje się interpretacyjne gadulstwo terapeuty stające się asumptem do tworzenia przez pacjenta kolejnych identyfikacji, w które przyoblecze się jego bycie, gdy tymczasem interpretacja w psychoanalizie jest „cięciem” w dyskursie, które podkreśla pragnienie podmiotu,

·        z racji wrzucania do jednego worka z napisem „ja” zarówno podmiotu jak i ego pacjenta standaryzuje się czas trwania sesji terapeutycznej do określonej ilości minut, gdy tym czasem seansem analitycznym powinien rządzić czas logiczny.

·        etc.

Zasady w psychoanalizie odnoszą się zatem  do tego, co wcześniej zostało nazwane medium, czyli do mówienia. Czy to będzie sławetna zasada „wolnych skojarzeń” wprowadzona przez Freuda, czy to zasada „mów cokolwiek” (gdyż nieświadomość i tak znajdzie sobie drogę do artykulacji swojej wiedzy i odciśnie się na twoim mówieniu wbrew twoim intencjom), czy to zasada „zamkniętych ust (milczenia) analityka”, czy też zasada „neutralnej życzliwości” – wszystkie one odnoszą się do mówienia, które produkuje określone efekty.

 

5.

Obszernym, niezwykle istotnym problemem do poruszenia, jest kwestia gwarancji. Gwarancje, które daje Szkoła lacanowska, są nierozerwalnie związane z etyką psychoanalizy, a więc z pragnieniem analityka. W Szkole każdy analityk, czy to początkujący, czy doświadczony, autoryzuje sam siebie („Zasada ta jest wpisana w podstawowe teksty Szkoły i decyduje o pozycji psychoanalityka”[7]), to znaczy ma etyczną powinność prezentowania swoje pracy. Czy to będą spotkania kliniczne, czy grupy pracy zwane kartelami, czy wystąpienia podczas Dni naukowych Szkoły, czy publikacje na łamach czasopism wydawanych przez Szkołę, czy prowadzone seminaria, czy korzystanie z superwizji; - wszystko to służy nieustannemu poddawaniu swojej pracy pod dyskusję, pod zakwestionowanie każdemu, kto pracuje w strukturach Szkoły lub kto uczestniczy w różnego rodzaju otwartych, organizowanych przez Szkołę, przedsięwzięciach. Taka otwarta postawa wobec zaświadczania o swoim pragnieniu analityka, wobec prezentowania własnej pracy, jej stylu, podejścia do wszelkich problemów dotyczących psychoanalizy, wyklucza możliwość działania na uboczu, w osamotnieniu, poza możliwością konfrontowania się z tymi, którzy mogli by problematyzować tę pracę. Wyklucza to tym samym postawę klinicysty jako indywidualnego badacza.

Inną ścieżką autoryzacji swojego doświadczenia psychoanalizy, jedyną w swoim rodzaju, jest wypracowana przez Lacana procedura passe (procedura przejścia). Polega ona na tym, że dana osoba (passant) po skończeniu własnej analizy mówi, wybranym przez Szkołę analizantom (którzy są na tym samym poziomie doświadczenia psychoanalitycznego co passant) lub analitykom (passeurs), czym było dla niej doświadczenie analizy. Sednem tej procedury jest danie świadectwa, że dzięki psychoanalizie dokonało się przejście od analizanta do psychoanalityka i zdanie sprawy z tego co dany podmiot, dzięki doświadczeniu własnej analizy, uchwycił z podstawowych kwestii psychoanalizy.

Szkoła nadaje również tak zwane gradusy (stopnie):

·        AME (analyste membre de l’École) - Analityka Członka Szkoły (ten gradus jest przyznawany na stałe),

·        AE (analyste de l’École) - Analityka Szkoły (ten gradus jest czasowy, przyznawany na trzy lata).

Kolejną istotną zasadą funkcjonowania Szkoły to rotacyjność pełnionych funkcji w strukturach Szkoły i brak hierarchizacji tak charakterystycznej dla struktur i organizacji rządzących się zmodyfikowanym dyskursem mistrza.

 

Wszystko to, co w tej materii zostało powiedziane powyżej, pokazuje zupełnie inny sposób podejścia do kwestii gwarancji, niż czysto formalne (wystawienie określonego dokumentu czy potwierdzenia) certyfikowanie i licencjonowanie czyjejś praktyki.

 

 

Janusz Kotara,

 

Współautorzy: Barbara Kowalów, Agnieszka Kurek, Riccardo Carrabino


 

[1] Napisanie tego artykułu poprzedziła dyskusja w gronie członków Koła Warszawskiego Szkoły Europejskiej Psychoanalizy.
[2] Jacques Lacan (1901-1981) – francuski psychoanalityk, odnowiciel i kontynuator myśli Freuda. Od początku lat pięćdziesiątych prowadził coroczne seminaria zebrane w XXVII tomach. Ponadto, kolejne trzy seminaria były publikowane w „Ornicar?” Jest autorem kilkudziesięciu pism opublikowanych w tomach „Écrits” i „Autres écrits” oraz różnych periodykach. Założyciel École Freudienne de Paris (1964).
[3] Szkołę w ujęciu Lacana należy rozpatrywać jako miejsce, gdzie kształci się styl życia, a nie tylko naucza określonej wiedzy, czy umiejętności. Więcej uwag na ten temat: patrz punkt 5 artykułu.
[4] Jouissance – ten termin lacanowski nie sposób przełożyć na język polski za pomocą jednego słowa. Polski odpowiednik „rozkosz” nie oddaje niezwykle istotnego aspektu prawa podmiotu do swojego sposobu jouir, to jest „cieszenia się; a cieszenie się, ze swej strony, nie wyraża wieloznaczności jouissance, która odnosi się również do rozkoszy.
[5] J-A. Miller „Kliważ psychoanalizy i psychoterapii” (tekst ten ukaże się niebawem w 1 nr „Psychoanalizy” – piśmie Koła Krakowskiego i Koła Warszawskiego Szkoły Europejskiej Psychoanalizy).
[6] Fragmenty wypowiedzi W. Eichelbergera zamieszczone w Dużym Formacie Gazety Wyborczej.
[7] J. Lacan „Propozycja o psychoanalityku Szkoły z 9 października 1967 roku”, Autres écrits.

Do góry